piątek, 1 stycznia 2016

Libertarianizm - Jacek Bartyzel

Jacek Bartyzel


LIBERTARIANIZM (ang. Libertarianism, od Liberty - wolność) - ruch i ultraliberalna ideologia społeczno-polityczna, oparte o tezę, iż osnową historii jest stały i niepojednalny konflikt pomiędzy wolnością a władzą oraz głoszące, że każdy człowiek winien mieć nieograniczoną swobodę dysponowania swoją osobą i własnością, czyli tym, co wypracował sam, albo dostał lub nabył od innych, o ile tylko nie ogranicza analogicznej swobody innych jednostek.

Wg Karla Hessa l. to "pogląd, że każdy człowiek jest absolutnym posiadaczem swego życia, z którego może korzystać, jak uzna za stosowne; że wszystkie społeczne działania człowieka powinny być dobrowolne; że szacunek do podobnego i równoprawnego posiadania przez każdego innego człowieka swego życia, a co za tym idzie, również własności i owoców tego życia, stanowi podstawę etyczną społeczeństwa godnego człowieka i otwartego. Zgodnie z tym poglądem jedyną funkcją prawa czy rządu jest zapewnianie tego rodzaju obrony przed przemocą, którą jednostka, gdyby miała po temu wystarczające środki, zapewniłaby sobie sama" (cyt. za: B. Miner, Zwięzła encyklopedia konserwatyzmu. Osobiste spojrzenie, Poznań 1999, s. 154). Polemicznie natomiast l. "można (...) nazwać konserwatyzmem bez duszy, nie tylko dlatego, że odmawia wierze religijnej centralnego miejsca przyznawanego jej przez konserwatyzm, ale również dlatego, że wiele nurtów myśli libertariańskiej sprzyja atomizmowi" (tamże).
Największe zagrożenie dla wolności libertarianie upatrują w państwie, i to w każdej jego formie ustrojowej, albowiem nie ma państwa, które by nie starało się monopolizować władzy, nie nakładało jakichkolwiek podatków i nie regulowało w jakimkolwiek stopniu aktywności jednostek. W ich oczach pobór do wojska to uświęcony prawem kidnapping, a opodatkowanie to zalegalizowany rabunek. Postulują zatem (E.H. Crane, D. Boaz [red.], An American Vision: Policies for the `90s, Washington DC 1989) p r y w a t y z a c j ę p a ń s t w a, polegającą na przekazania wszelkich, lub prawie wszystkich (w zależności od stopnia radykalizmu danego libertarianina), spraw pozostających w gestii organów państwowych w ręce prywatne, czyli przekształcenie własności publicznej we własność prywatną; doprowadziłoby do regulowania całego życia społecznego w taki sam sposób, jaki występuje na wolnym rynku gospodarczym, a więc na zasadzie wolnych kontraktów. Wszyscy libertarianie opowiadają się za zupełnym demontażem "państwa opiekuńczego", likwidacją podatków i własności publicznej, prywatyzacją wszelkich niezbędnych usług oraz zniesieniem kontroli imigracyjnej, a najdalej idący - także za likwidacją sił zbrojnych (zastępowanych, w razie potrzeby, przez ochotnicze milicje partyzanckie) i nieinterwencją, czyli faktycznie za likwidacją polityki zewnętrznej, która miałaby być zastąpiona międzynarodowym wolnym handlem (A. Cockburn, Inside the Soviet Military Machine, New York 1983; J. Kwitny, Endless Enemies: The Making of An Unfriendly World, New York 1984). Wyznawana przez libertarian koncepcja wolności, uznająca, iż to człowiek odpowiada za siebie, a nie społeczeństwo za niego, każe im również opowiadać się za zniesieniem wszelkich zakazów dotyczących posiadania broni, zanieczyszczania środowiska, handlu narkotykami (Th. Szasz, Ceremonial Chemistry: The Ritual Persecution of Drugs, London 1974; A.S. Trebach, The Heroin Solution, New Haven 1982), hazardu, prostytucji, stręczycielstwa, cenzury pornograficznej itp., są oni natomiast podzieleni w kwestii dozwolenia aborcji (ci, którzy są zwolennikami "prawa" do niej, dodają: "jestem pro-choice we wszystkich kwestiach"). Zdaniem libertarian, nie tylko usługi takie, jak szkolnictwo (D. Boaz [red.], Liberating Our Schools: Education in the Inner City, Washington DC 1991), służba zdrowia i opieka socjalna, komunikacja czy transport, ale również policja i sądy winny działać w postaci prywatnych, konkurujących ze sobą agencji, dobrowolnie wybranych i opłaconych przez tych, którzy zechcą powierzyć im swoją ochronę oraz rozstrzyganie wzajemnych sporów.
1o libertarianie wprawdzie istotnie nawiązują do klasyków leseferyzmu (J.-B. Say, F. Bastiat, G. de Molinari, H. Spencer, L. von Mises) i mają podobne do neoliberałów (F.H. Knight, H. Hazlitt, M. Friedman, J.M. Buchanan) poglądy na gospodarkę, niemniej różni ich od "wolnorynkowców" myślących w kategoriach utylitaryzmu motywacja nastawienia prokapitalistycznego. Leseferyści XIX-wieczni i neoliberałowie (zwłaszcza ze "szkoły chicagowskiej"), są zwolennikami kapitalizmu dlatego, że widzą w nim system gospodarczo optymalny i najbardziej efektywny. Libertariańska apologia kapitalizmu wynika natomiast przede wszystkim z ich przeświadczenia, iż wolny rynek sprzyja maksymalizacji indywidualnej wolności, traktowanej przez nich jako najwyższa wartość moralna. Można powiedzieć, że neoliberałowie zmieniliby swoje nastawienie, gdyby dowiedziono wyższej efektywności innego systemu gospodarowania, natomiast libertarianie pozostaliby niewzruszeni wobec tego argumentu. Stanowisko to wyraził dobitnie główny ideolog l. - Murray N. Rothbard, stwierdzając: "Tak się zdarza, że ekonomia wolnorynkowa (...) jest zdecydowanie najbardziej produktywną formą gospodarki znaną człowiekowi. (...) Jest to szczęśliwy utylitarny skutek wolnego rynku, ale dla libertarianina nie stanowi to głównego powodu, dla którego popiera on ten system. Ten główny powód jest natury moralnej..." (For a New Liberty. The Libertarian Manifesto, New York - London 1973, San Francisco 1985[3], s. 40).

sobota, 12 grudnia 2015

M.N.Rothbard - Nagłe zgony urzędujących prezydentów



Teoria okazała się błędna? I cóż z tego? Była bardzo interesująca i przemawiały za nią logiczne argumenty. Jako entuzjasta detektywistycznych dociekań historycznych od dawna miałem wątpliwości w sprawie nagłej śmierci Zachary Taylora, dwunastego prezydenta USA, „tamtych” Stanów Zjednoczonych. Podzielałem je z Clarą Rising, potomkinią pana Old Rough and Ready [1], której – w odróżnieniu ode mnie – nie zabrakło animuszu, żeby zbadać tę sprawę. Po załatwieniu niezbędnych formalności, wyłożyła ona 1200 dolarów na otwarcie grobu starego Zacka i ekshumację, by wreszcie dowiedzieć się, co doprowadziło do jego śmierci.
A oto fakty. Choć Zack nie miał doświadczenia politycznego, Partia Wigów w narastającej desperacji postanowiła narzucić krajowi jego rządy, odwołując się wyłącznie do sławy bitewnej, jaką zdobył w czasie wojny meksykańskiej. Były to ostatnie wybory prezydenckie, które wygrali Wigowie. W trakcie pikniku z okazji święta 4 lipca po zjedzeniu miseczki zimnych wiśni z mlekiem Zack zachorował i po kilku dniach zmarł. Jak zawsze kiedy umiera urzędujący prezydent, i tym razem próbowano pomniejszyć znaczenie jego śmierci, stosując się do odwiecznej zasady: jeśli prezydenta nie zastrzelono w biały dzień, to jego śmierć, nawet tak nagła, musiała mieć przyczynę naturalną; jeśli zaś zginął od kuli, to zamachowiec z pewnością był szaleńcem działającym w pojedynkę. Niech Bóg broni przed dopuszczeniem myśli, że w zamachu brało udział więcej osób niż jedna, bo to by znaczyło, o zgrozo, akceptację „teorii spiskowej”, a jak wszystkim wiadomo, establishment amerykański uznaje takie teorie za przestępstwo. W każdym razie ten sposób myślenia jest całkowicie niepoprawny i nie mieści się w kategorii dopuszczalnych rozważań.
Wróćmy do starego Zacka. Jego śmierć zawsze wydawała mi się dziwna. Jeśli w czasie prezydenckiego pikniku, odbywającego się w stolicy naszego państwa w gorący lipcowy dzień, w żywności pojawił się trupi jad lub jakaś inna szkodliwa substancja, to dlaczego jedynym poszkodowanym spośród uczestników tej imprezy był Zack Taylor? Czy tylko jego miało dotknąć zatrucie pokarmowe? Jednym słowem: czy został otruty?

sobota, 21 listopada 2015

David Gordon - Murray Rothbard

„Na wolnym rynku, każdy zarabia według własnej produktywności w zaspokajaniu potrzeb konsumenta. W realiach państwowej dystrybucji, każdy zarabia proporcjonalnie do kwoty, na jaką potrafi ograbić producentów.”
Murray N. Rothbard „Power and Market”

Murray N. Rothbard, człowiek renesansu, uczony o bardzo szerokim zakresie zainteresowań, wniósł olbrzymi wkład w ekonomię, historię, filozofię, politykę i teorię prawa. Rozwinął i rozpropagował austriacką szkołę ekonomii Ludwiga von Misesa, na którego seminaria uczęszczał przez wiele lat. Powszechnie jest uważany za najwybitniejszego ucznia genialnego ekonomisty, a pod niektórymi względami z pewnością przewyższał mistrza. Rothbard dał się poznać jako główny i najważniejszy teoretyk austriackiej ekonomii w późnej połowie XX. wieku. Zastosował też austriacką metodologię do badania zagadnień historycznych, takich jak Wielki Kryzys w 1929 oraz historia amerykańskiej bankowości.
Rothbard nie był apodyktycznym uczonym, zaangażowanym jedynie w akademickie spory. Wsprost przeciwnie, połączył szkołę austriacką z żarliwą walką na rzecz indywidualnej wolności. Rozwinął unikalną syntezę w której scalił ze sobą dziewiętnastowieczną filozofię amerykańskich indywidualistów, takich jak Lysander Spooner i Benjamin Tucker, z austriacką ekonomią. W taki sposób powstała całkiem nowa filozofia polityczna, a sam Rothbard do końca swojego życia poświęcił jej się z niesamowitą pasją i intelektualną energią – przez ponad czterdzieści pięć lat zajmował się rozwijaniem i promowaniem tego nowego stylu libertarianizmu, który dzisiaj jest stylem dominującym. W ten sposób stał się jednym z głównych amerykańskich intelektualistów.

piątek, 20 listopada 2015

Tomasz Cukiernik - Libertarianizm Rothbarda

Wydana w 2004 roku przez Fundację Odpowiedzialność Obywatelska książka pt. „O nową wolność. Manifest libertariański” amerykańskiego profesora ekonomii Murraya Rothbarda, ucznia i współpracownika Ludwiga von Misesa, to czwarta z kolei pozycja na rynku polskim na temat libertarianizmu (poprzednie książki to: „Państwo – nasz wróg” Alberta Nocka wydana w 1995 roku przez Instytut Liberalno-Konserwatywny z Lublina, „Anarchia, państwo, utopia” Roberta Nozika opublikowana w 1999 roku oraz „Rynek i wolność” Lindy i Morrisa Tannehill wydana w 2003 roku przez wydawnictwo Fijorr Publishing z Warszawy).
Rothbard, uważany za twórcę anarchokapitalizmu, w przystępny sposób przedstawia poglądy libertarian na niemalże wszystkie dziedziny życia i działalności państwowej: własność, wolność osobistą, wojsko, sądy, policję, system podatkowy, szkolnictwo, opiekę społeczną, rynek pracy, politykę monetarną, ochronę środowiska, interwencjonizm państwowy, narkotyki, pornografię, hazard. Szczególnie ciekawe i oryginalne są poglądy autora na temat prywatnych ulic i dróg oraz prywatnych sądów, policji i wojska. Państwo nie powinno mieć wyłączności nawet na emisję pieniądza, ustalanie jego kursu w stosunku do innych walut i wysokości stóp procentowych (godna polecenia jest inna książka Rothbarda na ten temat pt. „Złoto, banki, ludzie – krótka historia pieniądza” wydana w 2004 roku przez wydawnictwo Fijorr Publishing). Rothbard był zdania, że aktualne zmonopolizowanie dostarczania przez państwo tych dóbr i usług o wiele efektywniej i taniej mogłoby być świadczone przez podmioty prywatne na zasadach wolnorynkowych.
Rothbard podaje wiele przykładów na potwierdzenie słuszności swoich tez. Opisuje prywatną policję kolejową, która była „w historii Ameryki najskuteczniejszą i najlepiej zorganizowaną formacją policyjną (…). Na początku lat trzydziestych [XX wieku], kiedy przeprowadzano badania jej skuteczności, policja kolejowa aresztowała w sumie 10 tysięcy osób. 83% do 97% z nich zostało następnie skazanych, co stanowiło znacznie lepszy rezultat niż wyniki osiągane przez policje rządową” (s. 264). Profesor przedstawia skuteczność i sprawność prywatnych sądów arbitrażowych: „cały system prawa handlowego w średniowiecznej Anglii rozwinął się w prywatnych sądach kupieckich, a nie w byle jak działających sądach rządowych” (s. 285). Zdaniem autora książki, w przeciwieństwie do amerykańskiej państwowej Służby Leśnej Departamentu Rolnictwa, której działania prowadzą do zniszczenia drzewostanu, „w lasach będących własnością prywatną dużych firm handlujących tarcicą, takich jak Georgia-Pacific i U.S. Plywood, stosuje się naukowe metody wyrębu i zalesienia w celu zapewnienia dostaw surowca w przyszłości” (s. 317).
Profesor Rothbard prezentuje bardzo ciekawy i częściowo kontrowersyjny pogląd na temat korupcji, który jednak okazuje się być niepozbawionym sensu i logiki: „w warunkach obowiązywanianiesłusznych i niesprawiedliwych przepisów zabraniających, ograniczających i nakładających podatki na określone rodzaje działalności, korupcja jest dla społeczeństwa bardzo korzystna. W niektórych krajach niemożliwe byłoby prowadzenie jakiegokolwiek przedsiębiorstwa bez korupcji, która całkowicie zneutralizowała państwowe zakazy, podatki i haracze. Korupcja oliwi tryby handlu. Rozwiązaniem nie jest więc biadolenie nad korupcją i zdwajanie wysiłków w walce z nią, tylko zniesienie paraliżujących przepisów i praw, które powodują, że korupcja jest niezbędna” (s. 153).
Dla Rothbarda każde państwo, zarówno demokratyczne jak i totalitarne, jest organizacją zbrodniczą, bo „państwo nagminnie dopuszcza się masowej zbrodni, którą nazywa „wojną”, a innym razem „tłumieniem działań wywrotowych”; państwo angażuje się w proceder niewolnictwa, zwanego „poborem”; państwo istnieje i utrzymuje się dzięki praktyce przymusowego złodziejstwa, które nazywa „opodatkowaniem”. (…) wojna jest masowym morderstwem, pobór jest niewolnictwem, a podatki – grabieżą” (s. 46-47). W dużej mierze należy autorowi przyznać rację, jednak nie ze wszystkimi jego zapatrywaniami można się do końca zgodzić.
Za zbyt mocno kontrowersyjne należy uznać jego poglądy na temat aborcji, obrony narodowej oraz polityki zagranicznej państwa. Natomiast wykład Rothbarda o polityce zagranicznej Związku Sowieckiego jest po prostu stekiem bzdur. Jego teza o nieekspansywnej i pokojowej polityce tego komunistycznego państwa jest niezgodna z samymi faktami historycznymi. Jednak nam łatwiej komentować te wydarzenia, kiedy są znane dokumenty przedstawione przez Wiktora Suworowa i wiemy, że to właśnie polityka prezydenta Ronalda Reagana znacznie przyśpieszyła upadek ZSRS (warto przeczytać na ten temat doskonałą książkę Petera Schweizera pt. „Wojna Reagana”).
Murray Rothbard był optymistą. Wierzył w ostateczne zwycięstwo anarchokapitalizmu nad aktualnie panującym socjalizmem, ponieważ ten system organizacji społeczno-gospodarczej społeczeństwa jest najbardziej efektywny i największej liczbie ludzi przynosi dobrobyt oraz szczęście.
Profesor Rothbard pisał swoją książkę w latach 70tych XX wieku. Zdecydowanie pozycja ta godna jest polecenia, ponieważ nawet jeśli pewne kwestie są dość dyskusyjne, to niewątpliwie zmuszają czytelnika do głębokich przemyśleń na temat państwa jako organizacji antywolnościowej. Lektura książki pokazuje, że mogą istnieć systemy społeczno-gospodarcze alternatywne w stosunku do organizacji państwowej. Odbiorca dochodzi do wniosku, że istnienie państwa nie jest warunkiem koniecznym, aby utrzymać pokój i zapewnić ludziom bezpieczeństwo na danym terenie.

Źródło: http://tomaszcukiernik.pl/artykuly/recenzje-ksiazek/libertarianizm-rothbarda/

czwartek, 19 listopada 2015

Daniel Komarzyca - Społeczeństwo Bezpaństwowe W Ujęciu Rothbarda

Niniejszy artykuł jest częścią pracy licencjackiej członka Stowarzyszenia Libertariańskiego, Daniela Komarzycy, pt. Murray’a Rothbarda libertariański pogląd  na społeczeństwo bezpaństwowe". Jest ona dostępna tutaj.

KRYTYKA ODMIENNYCH ANARCHISTYCZNYCH UJĘĆ 
Murray Newton Rothbard nie ograniczał się jedynie do analizy i krytyki państwowej formy organizacji społeczeństwa. Celem myśliciela było także udowodnienie, iż nie tylko możliwe, ale i lepsze jest życie bez państwa, a następnie przedstawienie własnej wizji społeczeństwa bezpaństwowego. W teorii społeczeństwo takie charakteryzuje przede wszystkim to, iż „wolne jednostki zarządzają swymi sprawami przez dobrowolne porozumienie, bez przymusu czy przemocy”. Jak już częściowo dowiodłem, poglądy Rothbarda były anarchistyczne. Ujawniły się w nich jednak silne napięcia w ramach samego anarchizmu, napięcia między jego dwiema głównymi tradycjami – kolektywistyczną z jednej strony, a indywidualistyczną z drugiej.
Myśliciel popierał skrajną wersję indywidualistycznego anarchizmu, czyli anarchokapitalizm. Krytykował przy tym konkurencyjną, kolektywistyczną tradycję, zwłaszcza zaś w postaci radykalnego anarchokomunizmu, rozwijanego między innymi przez Piotra Kropotkina (1842–1921) i Errico Malatesta (1853–1932). Jak twierdził Rothbard, anarchokomunizm „krańcowo różni się od autentycznie libertariańskich zasad”, a prawo własności prywatnej – stanowiące fundament rothbardiańskiej interpretacji wolności – jest przez jego zwolenników znienawidzone i potępiane bardziej od państwa. Teoretyk anarchokapitalizmu nie darzył zaufaniem prób łączenia anarchizmu z komunizmem, powątpiewał w ich dobre intencje, łączył je z absurdem, niefortunnością, nieszczęściem, „zmasowanym atakiem na indywidualizm i rozsądek”, a także z pragnieniem „sprowadzenia każdej osoby do poziomu komunalnego mrowiska”. Całkowicie zanegowany został przez niego również ekonomiczny sens anarchokomunizmu.

Inną anarchistyczną wizją, która nie mogłaby liczyć na przychylność Murray’a Rothbarda, jest anarchoprymitywizm. Czołowy teoretyk anarchokapitalizmu nie krył swej wielkiej niechęci do prymitywistycznego odrzucenia podziału pracy i do plemiennej formy organizacji społeczeństwa, nawet jeśli miała ona charakter niepaństwowy, co odróżnia go od wielu pozostałych anarchistów. Tego typu wizja została przez niego w bardzo ostrych słowach zaatakowana. Do prymitywnego plemienia podchodził on jako do „ignoranckiego i przypominającego stado”, będącego jedynie „pasywnym wytworem określonego otoczenia, w którym żyje”, natomiast plemienne zwyczaje w jego opinii „paraliżowały i represjonowały rozwój każdej jednostki”. Coraz głębszy podział pracy uznał Rothbard za „niezbędny do coraz pełniejszego wykorzystania zakresu możliwości i potencjału każdej jednostki”, zaś jego brak za uniemożliwiający rozwinięcie w pełni swoich predyspozycji, zatem pozbawiający mocy bycia „w pełnym tego słowa znaczeniu istotą ludzką”. Myśliciel wyróżnił trzy warunki pełnego rozwoju jednostki: wolność (warunek niezbędny), wystarczająco rozwinięte społeczeństwo i występowanie szerokozakrojonego podziału pracy. Z takiej perspektywy, w prymitywnym lub nisko rozwiniętym społeczeństwie jednostki są pozbawione szansy na pełny rozwój swoich sił twórczych. Wolność prowadzi według Rothbarda do poszerzenia podziału pracy i wolności towarzyszy jego upowszechnianie się. Powoduje ona także wzrost liczby ludności i razem z podziałem pracy ma decydujące znaczenie dla „przetrwania ogromnej części ludności świata”. Myśliciel poszedł jeszcze dalej w swych konkluzjach i stwierdził, że „między wolnością a wzrostem ekonomicznym występuje związek przyczynowy”, a także, iż wolność tworzy przedpole dla gospodarki rynkowej. Rothbard cenił osiągnięcia Rewolucji Przemysłowej, a zarazem zakres wolności społecznej i gospodarczej w Europie Zachodniej oraz Stanach Zjednoczonych, charakteryzujący wieki osiemnasty i dziewiętnasty. Nasuwa to wszystko przypuszczenie, iż życie według prymitywistycznych wzorców nie jest w rothbardiańskiej optyce życiem w wystarczającej wolności do tego, by z anarchistycznego punktu widzenia uznać je za wartościowe. W ten sposób przeciwstawiał się myśliciel wszystkim sympatykom prymitywizmu, w tym również socjalistom, romantykom i nowej lewicy. Początków kultu prymitywnego świata upatrywał w stworzonym przez Jean-Jacques Rousseau „szlachetnym dzikusie”. Wyłącznie negatywnie i w niekorzystnym świetle przedstawił Rothbard także konkretne plemiona, w tym m.in. Indian: Navaho, Siriono, Pueblo i Aritama.

środa, 18 listopada 2015

Michał Gamrot - W poszukiwaniu równowagi monetarnej

12 LIPCA 2013

ROTHBARD I JEGO MNOŻNIK

Polska odmiana szkoły austriackiej opiera się w dużej mierze o teorie Murraya Rothbarda. Jest to w szczególności widoczne w specyficznym podejściu do problematyki rezerwy cząstkowej, cyklu koniunkturalnego i metodologii nauk. Rothbard jest chyba najczęściej tłumaczonym na Polski austriakiem, zostawiając daleko w tyle Hayeka i Misesa.

Przyczyną takiego stanu rzeczy jest najprawdopodobniej prosty, zrozumiały dla ekonomicznych laików, styl Rothbarda, jego polityczny radykalizm i to, że napisał dużo grubych książek. Wielu młodym adeptom ekonomii wydaje się, że oto znaleźli łatwą i przyjemną metodę zostania światowej klasy ekonomistą, politycznie niepoprawnym buntownikiem i kontestatorem naiwnych, mainstreamowych teorii – wystarczy, że poczytają Rothbarda. Czytając Rothbarda łykają wszystko co napisał jako niekwestionowaną prawdę. Przesiąkają jego stylem argumentacji, antymainstreamowym podejściem, a nawet, sądząc po ilości młodych austriaków noszących muszki, starają się upodobnić do niego w kwestii wyglądu. Nie chcę być źle zrozumiany – nie ma w tym nic złego, każdy ma prawo czytać co mu się podoba. Problem w tym, że część z tego co napisał Rothbard jest dość niskiej jakości. W szczególności dotyczy to tego, co pisał o teoriach i ludziach z którymi się nie zgadzał (1). Gene Callahan, amerykański ekonomista związany ze szkołą austriacką i amerykańskim Mises Institute, napisał kiedyś: „Murray Rothbard nigdy nie przejmował się tym czy jego argumenty były uczciwe (ang. sound), ale tylko tym czy przedstawiały jego oponentów jako głupców”.

wtorek, 17 listopada 2015

Maciej Kosicki - "Edukacja wolna i przymusowa", czyli Rothbard wiecznie żywy

„Wyraźnie widać, że powszechny entuzjazm dla równości jest w swoim podstawowym sensie antyludzki. Ma on tendencję do tłumienia indywidualizmu i różnorodności oraz cywilizacji jako takiej. Jest dążeniem do prymitywnej uniformizacji.”

Powyższy fragment można odnieść współcześnie do niemal każdej dziedziny życia społecznego. A jednak Murray N. Rothbard postanowił skupić się na sferze, która niemal bezspornie uznawana jest dziś za domenę publiczną: do edukacji. W opublikowanej niedawno przez Instytut Misesa „Edukacji wolnej i przymusowej Rothbard po raz kolejny rzuca zza grobu gorzkie „a nie mówiłem”?

Gdy tzw. Rzecznik Praw Obywatelskich (sic!) deklaruje: „rodzice mogą edukować dzieci po szkole i w weekendy”, a sami obywatele nie mają gwarancji, że „wiedza przekazywana w szkole będzie zgodna z przekonaniami rodziców”, gdy w mediach trwa niekończąca się batalia pomiędzy postępactwem, a prawicą, po raz kolejny przypominają się słowa Rothbarda: „ekspansja udziału państwa w sektorze edukacyjnym powoduje wzrost społecznych konfliktów i antagonizuje ze sobą ludzi, chcących mieć jak największy wpływ na władzę”.

Publiczna edukacja nie jest „osiągnięciem cywilizacji”, owocem „praw człowieka”, „humanizmu” czy „oświecenia”. Nie jest ona owocem duchowej potrzeby „niesienia kaganka oświaty” tzw. ludowi. Europejscy pionierzy publicznego szkolnictwa (przede wszystkim protestantcy reformatorzy religijni) mieli inne priorytety, potrzebowali mianowicie skutecznego narzędzia społecznej inżynierii. Zaś pierwszym europejskimi państwem, które wprowadziło przymusową edukację publiczną, były militarystyczne Prusy. „Zasadniczą cechą” owej edukacji była: „edukacja w duchu państwa, edukacja dla państwa, edukacja przez państwo”.

Współcześnie podkreśla się konieczność utrzymywania publicznego szkolnictwa ze względu na potrzebę zapewnienia „równego startu” vel „równych szans” wszystkim. W Polsce jednak mania „zrównywania” nie jest jeszcze tak powszechna, jak na tzw. zachodzie, a więc i sami „zrównywacze” dzielą się opinią publiczną tylko częścią swoich refleksji. W przeciwieństwie np. do czołowego europejskiego „zrównywacza” Thomasa Piquettego, który przy wszystkich swoich manipulacjach ma tyle intelektualnej uczciwości, by nie ukrywać, że likwidacja nierówności społecznych może przyjąć tylko i wyłącznie formę równania w dół. Tym, czego nałogowi „zrównywacze” nie rozumieją, jest fakt, że rynek nie jest grą o sumie zerowej. Z faktu, że dzięki zabijającej talenty, kreatywność i indywidualność publicznej oświacie nie wyrośnie nam nowy Steve Jobs, nie oznacza, że innym ludziom będzie żyło się lepiej. Z wyjątkiem potencjalnej konkurencji, która będzie mogła sprzedawać nam słabszy sprzęt po wysokich cenach.

W Polsce takie refleksje w debacie publicznej po prostu się nie pojawiają. Wręcz przeciwnie, III RP nakłada na swoich poddanych obowiązek edukacyjny do 18. roku życia, nadzoruje na szkolnictwo prywatne oraz gwarantuje „darmową” edukację, z kształceniem akademickim włącznie...

Ten stan rzeczy po raz kolejny zmusza do zastanowienia się nie tylko nad oczekiwaniami, jakie żywili Polacy wobec nowego ustroju, lecz także nad ich zrozumieniem dla natury systemu komunistycznego. Pomimo że marksizm nigdy nie został en blockzaakceptowana przez społeczeństwo, wiele jego dogmatów na trwale zakorzeniło się w świadomości opinii publicznej. Stąd niechęć do prywaciarstwa, stąd przekonanie że w kapitalizmie życiowy sukces jednego człowieka musi nieść za sobą niedolę drugiego.

A przecież efekty publicznej edukacji nie są szczególnie widowiskowe. Chyba że ktoś posiada bardzo szczególny zmysł estetyczny. Po ukończeniu 18. roku życia szkoły średnie opuszczają półanalfabeci. Uczelnie wyższe natomiast to parkingi dla bezrobotnych i wylęgarnie rojów młodych, wykształconych, co prowadzi do galopującej inflacji formalnego wykształcenia. Tytuły naukowe mogą uzyskać dziś ludzie, którzy mieliby dawniej problemy ze zdaniem matury (polecam ten tekst, w którym pochylam się nad twórczością dwóch takich koryfeuszy polskiej nauki). O tym, jaka jest rola tegoż systemu w tworzeniu „społeczeństwa obywatelskiego” (określenie często używane w okolicach ulicy Czerskiej w Warszawie), także pisał Rothbard: Dzieci są przygotowywane do udziału w demokracji poprzez udział w dyskusjach na temat bieżących wydarzeń bez wcześniejszego zdobycia systematycznej wiedzy (na temat polityki, ekonomii, historii), która jest konieczna, by móc rozmawiać na takie tematy. Zastępuje się w ten sposób przemyślane, indywidualne myśli sloganami i powierzchownymi poglądami na poziomie najniższego wspólnego mianownika grupy.

Argument, że publiczna edukacja jest zwyczajnie niemoralna, gdyż zmusza jednych ludzi do finansowania edukacji dzieciom innych osób, jest oczywisty. Ale jakie jest jego zasięg oddziaływania w państwie, w którym szacunek do własności prywatnej praktycznie nie istnieje? Zapewne niewielki. Ale być może na podatniejszy grunt trafią przynajmniej argumenty utylitarne, czyli odnoszące się do redukcji kosztów publicznej edukacji? W końcu twierdzenie, że państwo ma sponsorować naukę, nie oznacza, że musi organizować kupno kredy do szkolnych klas czy dobór personelu dla placówek edukacyjnych. Tutaj wyjściem jest system tzw. bonów edukacyjnych, wdrożony m.in. w Stanach Zjednoczonych z inicjatywy Miltona Friedmana. System edukacji tak czy inaczej czeka reforma, ponieważ (poza byciem karykaturą samego siebie) stanowi poważne obciążenie finansowe dla państwa. A jaka jest kondycja finansowa tegoż państwa oraz samorządów, nie trzeba nikomu wyjaśniać. Nie łudziłbym się także, że wymiana rządu coś tutaj zmieni (chyba że do władzy wyniesieni zostaną bardzo bogaci ludzie, ale tych raczej trzeba by było importować). Lepiej już zacząć zastanawiać się nad kształtem przyszłych reform. Ich kierunek powinien być wprost przeciwny od tego, co nasza Konstytucja nazywa, poświadczając tym samym o wysoce wyrafinowanym poczuciu humoru jej twórców, społeczną gospodarką rynkową.

Chętnych do zapoznania się z Edukacją wolną i przymusową w darmowej wersji elektronicznej, zapraszam tutaj. Tak, jak wiele innych pozycji M.N. Rothbarda, tę również można podzielić na dwie części – teoretyczną oraz historyczną, opisującą rozwój idei państwowego szkolnictwa na przestrzeni wieków.

Żródło: http://www.mpolska24.pl/post/6589/edukacja-wolna-i-przymusowa-czyli-rothbard-wiecznie-zywy